Czy da się mieć szefa i być nomadką? Moje doświadczenie z pracą etatową zdalnie

Nie będę trzymać Cię w niepewności do końca.

Moim zdaniem: nie da się.

Nie dlatego, że etat jest zły. Nie dlatego, że każdy szef to wróg wolności, a jedyną słuszną drogą jest własna działalność, faktury, ZUS i samodzielne ogarnianie wszystkiego od klientów po księgowość. Nie. Etat ma swoje ogromne plusy. Daje poczucie bezpieczeństwa, regularną pensję, strukturę, ludzi wokół, jasne zasady gry. I jeśli przez lata funkcjonowałaś w takim schemacie, to nic dziwnego, że próbujesz zabrać go ze sobą do nowego życia.

Bo kiedy zmieniamy styl życia, często nie chcemy od razu wywracać wszystkiego do góry nogami.

Chcemy zmienić adres, ale zachować bezpieczeństwo.
Chcemy wolności, ale też przewidywalności.
Chcemy pracować z dowolnego miejsca, ale nadal mieć comiesięczny przelew.
Chcemy życia nomadki, ale z miękkim lądowaniem starego systemu.

I ja to doskonale rozumiem.

Sama długo próbowałam myśleć w ten sposób. Skoro można pracować zdalnie, to może da się po prostu przenieść znany schemat etatu w inne miejsce? Zabrać laptopa, pensję, szefa, zespół i kalendarz, a zmienić tylko widok za oknem?

Brzmi pięknie.

Ale życie dość szybko pokazuje, że to nie zawsze tak działa.

Stare schematy dają bezpieczeństwo

Kiedy zaczynasz układać życie inaczej, naturalnie łapiesz się tego, co znane.

Etat jest znany.
Umowa jest znana.
Przelew raz w miesiącu jest znany.
Szef jest znany.
Struktura jest znana.
Nawet firmowe spotkania, raporty i kalendarz pełen calli są w pewnym sensie znajome.

A znajome rzeczy dają poczucie bezpieczeństwa.

Nawet jeśli czasem nas męczą.

Można narzekać na etat, a jednocześnie czuć ogromny lęk przed jego utratą. Można marzyć o wolności, a jednocześnie chcieć mieć w nowym życiu coś, co przypomina stary porządek. Można planować życie bez stałego adresu i jednocześnie mieć nadzieję, że przynajmniej praca zostanie taka sama.

Tylko że każda większa zmiana ma swój koszt.

I często tym kosztem jest właśnie utrata części starego bezpieczeństwa.

Nie da się przenieść wszystkiego jeden do jednego

Moim zdaniem nie da się po prostu wyjąć schematu etatu z jednego życia i wkleić go do życia nomadki.

Przynajmniej nie bez spełnienia kilku bardzo konkretnych warunków.

Bo życie nomadki nie polega tylko na tym, że pracujesz z innego miejsca. To nie jest zwykły home office, tylko z ładniejszym widokiem. To inny sposób funkcjonowania. Inna logistyka. Inna odpowiedzialność. Inny poziom zmienności.

Zmienia się miejsce.
Zmienia się rytm dnia.
Zmienia się infrastruktura.
Zmieniają się strefy czasowe.
Zmienia się Twoja dostępność.
Zmienia się to, jak szybko możesz pojawić się „na miejscu”.
Zmienia się też to, jak widzi Cię zespół.

A jeśli organizacja nadal działa w klasycznym, biurowym albo hybrydowym schemacie, to Twoja wolność bardzo szybko może stać się problemem.

Nie zawsze wypowiedzianym wprost.

Ale odczuwalnym.

Najtrudniej być wyjątkiem

Moja pierwsza baza była w Trójmieście.

To tam mieszkałam, tam miałam swoje życie i swój adres. A zdalnie pracowałam dla organizacji z południa Polski i Polski centralnej. W teorii wszystko się zgadzało. Byłam w Polsce. Nie było egzotycznych stref czasowych. Nie było dylematów związanych z pracą z wyspy. Nie było wielkiej logistycznej rewolucji.

A jednak bardzo często byłam tą jedną osobą „poza”.

Wszyscy inni byli zwykle na miejscu. W biurze. Przy kawie. W sali spotkań. Na korytarzu. Przy wspólnym stole. A ja byłam na ekranie.

I nawet jeśli nikt nie mówił tego wprost, czułam, że jestem trochę inna.

Trochę uprzywilejowana.

Trochę ta, która gra na kodach.

Bo inni musieli być na miejscu, a ja mogłam pracować zdalnie. Inni uczestniczyli w biurowej codzienności, a ja byłam do niej podłączona przez kamerkę, mikrofon i komunikator.

I to jest chyba jedna z najważniejszych rzeczy, które zrozumiałam: praca zdalna działa zupełnie inaczej, kiedy wszyscy pracują zdalnie, a zupełnie inaczej, kiedy zdalna jesteś tylko Ty.

Przywilej też potrafi ciążyć

Bycie wyjątkiem na początku może wydawać się przywilejem.

I trochę nim było.

Mogłam zostać w Trójmieście. Nie musiałam przenosić życia do innego miasta. Nie musiałam codziennie dojeżdżać. Mogłam pracować z miejsca, które lubiłam. To było dużo. Bardzo dużo.

Ale przywilej ma też drugą stronę.

Kiedy jesteś wyjątkiem, czasem czujesz, że musisz bardziej udowadniać, że ten wyjątek ma sens.

Musisz być bardziej dostępna.
Bardziej responsywna.
Bardziej przygotowana.
Bardziej wdzięczna.
Bardziej bezproblemowa.

Bo przecież i tak masz lepiej.

Przecież nie musisz przychodzić do biura.
Przecież możesz pracować z domu.
Przecież dostałaś coś, czego inni nie mają.

I nawet jeśli nikt nie mówi tego wprost, ta atmosfera potrafi wejść pod skórę.

Zaczynasz czuć, że Twoja zdalność wymaga ciągłego uzasadniania. Że musisz pokazywać, że naprawdę pracujesz. Że nie znikasz. Że można Ci ufać. Że Twoja nieobecność fizyczna nie oznacza mniejszego zaangażowania.

A przecież w życiu nomadki chodzi właśnie o to, żeby nie musieć ciągle tłumaczyć, dlaczego jesteś gdzie indziej.

Zazdrość w zespole też ma znaczenie

Jeśli większość zespołu musi siedzieć w biurze, a jedna osoba może pracować zdalnie, to nawet przy najlepszych intencjach mogą pojawić się napięcia. Nie zawsze duże. Nie zawsze otwarte. Czasem ukryte pod żartem, półzdaniem, spojrzeniem albo komentarzem rzuconym mimochodem.

„No tak, Ty to masz dobrze”.
„Ty to sobie możesz”.
„Ciekawe, czy też bym tak mógł”.
„My tutaj, a Ty pewnie z kawką na tarasie”.

I znowu: może nikt nie ma złych intencji. Może to tylko żart. Może ludzie naprawdę się cieszą, że Tobie się udało. Ale jeśli system nie jest równy dla wszystkich, to trudno oczekiwać, że wszyscy będą neutralni.

Dlatego moim zdaniem praca zdalna w stylu nomadzkim ma największy sens wtedy, kiedy nie jesteś wyjątkiem.

Kiedy ludzie wokół Ciebie też pracują w tym trybie.
Kiedy zdalność jest normą, a nie prezentem.
Kiedy nikt Ci jej nie zazdrości, bo sam ma podobną wolność.
Kiedy lokalizacja nie jest tematem, tylko zwykłą informacją.
Kiedy nikt nie robi z Twojego miejsca pobytu atrakcji, problemu ani przywileju.

Organizacja musi naprawdę pracować zdalnie

To jest drugi warunek.

Organizacja musi naprawdę pracować zdalnie.

Nie deklarować zdalność w ogłoszeniu.
Nie tolerować jej jako wyjątek.
Nie pozwalać na nią „dopóki wszystko działa”.
Nie traktować jej jako benefitu, który można odebrać, gdy komuś zmieni się nastrój.

Tylko naprawdę działać w tym trybie.

To oznacza procesy, które nie wymagają siedzenia obok siebie. Dokumentowanie ustaleń. Spotkania prowadzone tak, żeby osoby zdalne nie były dodatkiem do sali konferencyjnej. Komunikację asynchroniczną. Zaufanie do efektów, a nie do obecności. Jasność zasad. Dojrzałość organizacyjną.

Bo jeśli firma myśli biurem, to Twoja praca zdalna zawsze będzie trochę na doczepkę.

Nawet jeśli formalnie masz zgodę.

A życie nomadki wymaga czegoś więcej niż zgody.

Wymaga systemu, który nie rozsypuje się tylko dlatego, że nie możesz jutro pojawić się przy biurku.

Praca zdalna z Polski to nie to samo, co życie bez stałego adresu

Kiedy pracowałam zdalnie z Trójmiasta, miałam jeden adres.

To była ważna różnica.

Miałam bazę. Stałe mieszkanie. Znany rytm. Polską strefę czasową. W razie potrzeby mogłam gdzieś dojechać. Mogłam pojawić się na żywo, jeśli sytuacja naprawdę tego wymagała.

Kiedy jednak zaczęła we mnie dojrzewać decyzja o życiu bez stałego adresu, wiedziałam, że etat z polskim pracodawcą raczej nie wchodzi w grę.

Formalnie to nie jest proste.

Praca z innego kraju, długość pobytu, podatki, ubezpieczenia, odpowiedzialność pracodawcy, lokalne przepisy — to wszystko nie znika tylko dlatego, że mamy laptopa i Internet.

Etat daje bezpieczeństwo, ale lubi ramy

Etat ma swoje plusy.

Regularną pensję. Urlop. Chorobowe. Strukturę. Często zespół, który daje poczucie przynależności. Czasem też ulgę, że nie wszystko jest na Twojej głowie.

Ale etat lubi ramy.

Lubi wiedzieć, gdzie jesteś.
Kiedy jesteś.
Jak jesteś dostępna.
Czy możesz przyjechać na spotkanie.
Czy będziesz na firmowym wydarzeniu.
Czy w razie potrzeby da się Ciebie ściągnąć na żywo.

A życie nomadki tych ram nie znosi najlepiej.

Bo dzisiaj jesteś tu, za kilka miesięcy gdzie indziej. Bo czasem plan się zmienia. Bo czasem przedłużasz pobyt. Bo czasem wracasz do Polski, ale nie na długo. Bo czasem decyzje podejmujesz bardziej z poziomu życia niż firmowego kalendarza.

I tu zaczyna się napięcie.

Nie między dobrem a złem.

Tylko między dwiema potrzebami.

Potrzebą bezpieczeństwa i przewidywalności.
Oraz potrzebą ruchu, sprawczości i wolności.

Zagraniczny etat? Dla mnie to byłaby jeszcze jedna duża zmiana

Oczywiście, że są osoby, którym udaje się łączyć etat z życiem nomadki.

W grę wchodzi praca dla zagranicznego pracodawcy, najlepiej takiego, który od początku działa w modelu remote-first. Takiego, dla którego zespół rozsiany po świecie nie jest problemem, tylko normalnością. Takiego, który ma procesy, narzędzia, kulturę pracy i zaufanie do tego, że ludzie nie muszą siedzieć w jednym biurze, żeby dowozić dobrą robotę.

Brałam udział w kilku takich rekrutacjach.

I przez chwilę naprawdę rozważałam tę opcję.

Ale ostatecznie poczułam, że to byłoby dla mnie za dużo zmian naraz.

Zmieniało się już prawie wszystko. Miejsce życia. Codzienność. Rytm dnia. Poczucie stabilności. Relacja z pracą. Sposób zarabiania. To, co wcześniej było oczywiste, nagle trzeba było układać od nowa.

Wchodzenie w tym samym czasie w anglojęzyczną organizację, nową kulturę pracy, inne zasady komunikacji, inny kontekst biznesowy i zespół rozsiany po świecie było dla mnie po prostu too much.

Potrzebowałam zostawić sobie choć jeden znajomy element.

I tym elementem okazali się polscy klienci.

Polski język. Polski kontekst. Znane realia. Tematy, które rozumiem nie tylko zawodowo, ale też kulturowo. Sposób komunikacji, w którym czuję się naturalnie. Klienci, z którymi mogę rozmawiać bez dodatkowej warstwy tłumaczenia siebie, swoich myśli i niuansów.

To nie znaczy, że praca z zagraniczną firmą byłaby zła. Być może dla kogoś innego byłaby idealnym rozwiązaniem. Stabilny etat, międzynarodowe środowisko i możliwość pracy z różnych miejsc mogą być świetnym połączeniem.

Ale ja wtedy potrzebowałam czegoś innego.

Skoro moje życie prywatne zaczynało przypominać eksperyment, to w pracy chciałam zachować choć odrobinę znajomego gruntu pod stopami.

Dlatego wybrałam freelancing i pracę z polskimi klientami.

Nie dlatego, że to była najłatwiejsza droga. Własna działalność też potrafi dać w kość. Są faktury, podatki, ZUS, sprzedaż, negocjacje, okresy ciszy i świadomość, że jak czegoś nie ogarniesz, to nikt nie ogarnie tego za Ciebie.

Ale ten układ dawał mi coś ważnego: większą decyzyjność, a jednocześnie znajomy kontekst.

Mogłam budować życie nomadki, ale nie musiałam od razu wymieniać wszystkich elementów swojego zawodowego świata. Nie musiałam jednocześnie uczyć się nowego kraju, nowej codzienności, nowej formy pracy i zupełnie nowego środowiska organizacyjnego.

Zostawiłam sobie polskich klientów jako taki mały pomost między starym a nowym życiem.

Sama praca zdalna to za mało

To chyba najważniejsza rzecz, którą zrozumiałam.

Praca zdalna sama w sobie nie zawsze oznacza wolność.

Możesz pracować zdalnie i nadal czuć się przywiązana do jednego systemu. Możesz nie chodzić do biura, ale wciąż żyć pod dyktando cudzej dostępności. Możesz siedzieć z laptopem w pięknym miejscu i nadal mieć poczucie, że każdy Twój ruch wymaga zgody, wyjaśnienia albo akceptacji.

Dlatego dzisiaj uważam, że jeśli chcesz połączyć etat z życiem nomadki, musisz spełnić kilka warunków.

Organizacja musi naprawdę pracować zdalnie.
Nie możesz być wyjątkiem.
Ludzie wokół nie powinni zazdrościć Ci tego trybu, bo sami też mają podobną wolność.
Zespół musi oceniać pracę po efektach, nie po lokalizacji.
Formalności muszą być poukładane.
A Ty musisz dobrze czuć się z ramami, które etat mimo wszystko narzuca.

Bez tego łatwo wejść w dziwny układ, w którym niby jesteś wolna, ale ciągle musisz tę wolność komuś tłumaczyć.

Nie namawiam Cię do rzucania etatu

Nie piszę tego po to, żeby powiedzieć: rzuć pracę, załóż działalność i jedź w świat.

To byłoby głupie i nieodpowiedzialne.

Etat może być świetnym rozwiązaniem. Dla wielu osób będzie lepszy niż freelancing. Dla wielu osób będzie zdrowszy, spokojniejszy i bardziej opłacalny. Nie każdy chce szukać klientów. Nie każdy chce wystawiać faktury. Nie każdy chce żyć z poczuciem, że stabilność trzeba codziennie trochę budować od nowa.

I to jest okej.

Ale jeśli marzysz o życiu nomadki, warto zadać sobie uczciwe pytanie:

czy chcesz tylko pracować zdalnie, czy naprawdę chcesz mieć wolność decydowania o swoim miejscu, czasie i sposobie życia?

Bo to nie zawsze jest to samo.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Poprzedni

Dołącz do mojej społeczności

Zapisz się do mojego newslettera. Tylko największe inspiracje. Zero spamu.
Zgadzasz się z moją Polityką prywatności.