Jak praca zdalna – zanim zrobiła się modna – zmieniła moje życie

Historia sprzed ery COVID-u.

Myślę, że mam w życiu sporo szczęścia. Czasem muszę o to szczęście solidnie powalczyć, a czasem po prostu mi się przytrafia. Mimo wielu zawodów, wciąż wierzę, że mam szczęście do ludzi. Że ktoś pojawia się w moim życiu i — choć nie ma intencji, by zostać w nim wiecznie — zwykle wypełnia swoją rolę wyśmienicie tu i teraz.

Na pewno miałam szczęście do mojej pierwszej, długoletniej szefowej. To ona uświadomiła mi, że skoro mam przenośny komputer, to mogę go zabrać z biura. Że gdy tylko mam taką potrzebę, mogę po prostu pracować z domu.

Brzmi banalnie? W tamtych czasach to była mała rewolucja w mojej głowie.

Przed COVID-em praca zdalna istniała chyba tylko w IT

Chyba nawet nie marzyłam o tym, że tak można. Matrix jest nam wpajany do głów dość skutecznie od najmłodszych lat. A jednak — zawsze pojawia się w otoczeniu ktoś, kto żyje inaczej. Nie do końca wiadomo skąd ma pieniądze. Czasem gra wieczorami w obłokach dymu w najlepszym jazzowym klubie w mieście. Czasem podróżuje. Czasem łapie jakieś fuchy, które trudno nazwać „karierą”. Taka osoba nie pasuje do schematu i dlatego schemat ją odrzuca — nazywa lekkoduchem. Trochę szaleńcem. Kimś, kogo scenariusza nie warto powielać, bo przecież nie wiadomo jak to się skończy.

Przez lata patrzyłam na takich ludzi z mieszaniną podziwu i cichego niepokoju. „No fajnie, ale czy to, jak żyje, jest w porządku?”.

Społeczeństwo ma dla nas inny plan: skończ studia, wejdź w tryb 8–16, przeżyj do piątku, jakoś to będzie.

Nawet gdy to piszę, mam gęsią skórkę.

Jak absurdalny jest ten układ — że ktoś każe nam w określonych godzinach przebywać w określonym miejscu i wykonywać zadania na sprzęcie, który sami tam przynieśliśmy. Że uznajemy to za normalność. Że nie pytamy głośno, po co.

Też tam byłam. Ale — jak już pisałam — mam szczęście.

Miałam więc ten przywilej, za milionem zgód oczywiście, żeby od czasu do czasu pracować z domu. Działo się tak głównie wtedy, gdy dopadało mnie przeziębienie, ale wciąż miałam siłę odpowiadać na mejle. Cieszyłam się wtedy przede wszystkim z tego, że przynajmniej nie marnuję urlopu na chorobę. Nie obcinam pensji przez zwolnienie.

Wtedy nie sądziłam, że praca zdalna stanie się kiedyś moim sposobem na życie…

Pandemia miała kilka zalet. Niestety — wiele z nich już nie zostało

Przede wszystkim wreszcie skupialiśmy się na tym, co ważne. Na zdrowiu. Na relacjach. Na tym, że dobre relacje budują dobre zdrowie. To był też czas, żeby ruszyć projekty, które do tej pory leżały odłogiem. Wreszcie mieliśmy czas — albo przynajmniej wreszcie udało nam się ten czas jakoś zatrzymać.

Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale ja pandemię wspominam dobrze. Założyłam działalność, rozwijałam kilka projektów po godzinach, umacniałam przyjaźnie, rozwijałam się ponadprzeciętnie szybko. No i wreszcie — pracowałam zdalnie. Na pełen etat, bez przeprosin, bez tłumaczenia się.

Cały świat pracował zdalnie.

Wtedy pękła ta bańka „praca zdalna to przywilej IT”. Nagle okazało się, że to nie jest benefit zarezerwowany dla jednej, wybranej grupy. Że się da. Że firmy nie upadają, projekty się kończą, deadliny są dotrzymywane.

Wydawało mi się wtedy, że od tego nie ma już powrotu.

Menadżer, który nie widzi — nie wie

Myliłam się.

Bo żeby oceniać pracę, trzeba ją rozumieć. A wielu menadżerów nigdy tego nie umiało — i pandemia tego nie naprawiła. Zamiast szlifować nowy tryb, zamiast uczyć się zarządzania przez cel i efekt, firmy po prostu zaczęły wzywać ludzi z powrotem do biur. Bo menadżer, który nie widzi — nie potrafi ocenić. Łatwiej jest kazać wszystkim wrócić, niż samemu nauczyć się czegoś nowego.

Miałam kiedyś takiego przełożonego.

Każdego ranka, zaraz po przyjściu do biura, obchodził pokoje. I jeszcze raz — tuż przed wyjściem. Niby mówił „cześć”, uśmiechał się, czasem rzucał jakiś komentarz o pogodzie. Ale tak naprawdę liczył głowy. Sprawdzał, kto jest przy biurku, kto się spóźnił o pięć minut, kto wyszedł chwilę za wcześnie. Obecność fizyczna była dla niego dowodem pracy. Nieobecność — dowodem lenistwa.
To jest właśnie twarz systemu, który nie chce się zmienić. Nie dlatego, że zmiana jest niemożliwa. Dlatego, że zmiana wymagałaby przyznania, że przez lata ocenialiśmy ludzi nie za to, co robią — tylko za to, gdzie siedzą.

Puenta, której się nie spodziewałam

Pandemia dała nam szansę na reset.

Ze zdrowego stylu życia, z dbania o relacje, z mycia rąk — niewiele zostało. Podobnie z pracą zdalną. Dostaliśmy narzędzia, dostaliśmy dowód, że to działa — i większość firm powoli, ale skutecznie wycofała się na z góry upatrzone pozycje. Wróciły open space’y, wróciły ranki w korkach, wróciły kanapki jedzone przy biurku, żeby „nie tracić czasu”.

Ale coś jednak we mnie zostało.

I tu dochodzimy do sedna całej tej historii.

Pamiętasz tę osobę z początku? Tę, która grała w jazzowym klubie, łapała fuchy i podróżowała bez wyraźnego planu? Tę, na którą patrzyłam z podziwem, ale i z pytaniem w głowie: „no fajnie, ale czy takie życie jest okej”?

Teraz to ja jestem tą osobą.

Kiedy mówię znajomym, że pracuję z laptopem z widokiem na Ocean Indyjski — widzę dokładnie te same miny. Trochę podziwu. Trochę zazdrości. I ten sam cichy niepokój. „No fajnie, ale czy to jest… stabilne? Czy z Tobą wszystko jest w porządku?”.

A ja mam się dobrze. Bardziej niż kiedykolwiek.

Generative design creates endless possibilities.
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Poprzedni Następny

Dołącz do mojej społeczności

Zapisz się do mojego newslettera. Tylko największe inspiracje. Zero spamu.
Zgadzasz się z moją Polityką prywatności.