Czego brakuje w pracy zdalnej, chociaż nie chcę wracać do biura

Wszelkie testy osobowościowe robiłam zwykle z przymrużeniem oka. Lubiłam coś tam poklikać, przeczytać wynik z ciekawością, ale dość małą wiarą. Z tej ciekawości zwykle lubiłam też chwytać „Metro” przed egzaminem, gdy wskakiwałam do trójmiejskiej SKM-ki. Z lekką nutą niecierpliwości zerkałam na stronę z horoskopem. Co przyniesie ten tydzień? Czy mój znak zodiaku ma moc i w tym tygodniu skończę z samymi piątkami w indeksie? Niby wiedziałam, że to bujda, ale jednak zaglądałam.

Tak samo traktowałam internetowe testy, które podpowiadały, jakim człowiekiem jestem. Przełom w moim podejściu nastąpił, gdy szefowa przesłała mi link do ankiety badania Insights Discovery. To taki test, który podpowiada Ci, jakie kolory są w Tobie najsilniejsze ; ) A każdy kolor to inny zestaw cech.

Pamiętam, że podeszłam do tego testu z tą dobrze mi znaną ciekawością. Ale i dobrze znaną, małą wiarą ; ) Ale gdy dostałam 20 stron opisu mojego wyniku — zamarłam. Czułam się, jakby ktoś odkrył moje najbardziej skrywane tajemnice. Podobnie wydarzyło się, gdy zobaczyłam wyniki Gallupa.

I te wyniki pomagają mi dzisiaj lepiej rozumieć, co się ze mną dzieje, gdy próbuję układać życie po swojemu. Rozumiem, czemu czasem czuję również negatywne emocje. Czemu nie jest idealnie i być może nigdy nie będzie. Rozumiem, czego brakuje w pracy zdalnej.

Bo na drugie imię mam komunikacja

Więc czasem po prostu potrzebuję ludzi.

Wkurzam się, gdy ktoś zapomina o mnie na spotkaniu. Albo gdy wszyscy dostają prezenty na urodziny, tylko nie ja. Wkurzam się, gdy ważne rzeczy dzieją się obok mnie, a ja dowiaduję się o nich z opóźnieniem. Gdy gdzieś tam, w biurze, ktoś rzucił coś mimochodem przy kawie, ktoś inny dopowiedział coś przy lunchu, a ja po kilku dniach dostaję już tylko gotowe ustalenia w wiadomości.

I wtedy włącza mi się ta mała, niezbyt elegancka myśl:

„Halo, ja też tu jestem”.

Nie chodzi o to, że chcę wracać do biura. Nie chcę. Naprawdę nie tęsknię za porannym alarmem, za prasowaniem w pośpiechu, za korkami albo za SKM-ką, w której ktoś oddycha mi w ramię. Nie tęsknię za open spacem, gdzie każdy telefon jest trochę mój, nawet jeśli zupełnie mnie nie dotyczy. Nie tęsknię za siedzeniem do konkretnej godziny tylko dlatego, że „tak wypada”.

Ale czasem tęsknię za tym, co biuro dawało przy okazji.

Za przypadkowymi rozmowami, byciem częścią codzienności.Za tym, że ktoś zobaczył moją minę i zapytał: „co jest?”. Za tym, że nie trzeba było specjalnie umawiać się na kontakt z drugim człowiekiem.

W pracy zdalnej kontakt jest bardziej celowy. Ktoś pisze, bo czegoś potrzebuje. Albo ktoś dzwoni, bo jest temat. Ktoś wysyła zaproszenie, bo trzeba coś ustalić. Nawet miłe rozmowy często mają swój kalendarzowy slot. Piętnaście minut na kawę online. Trzydzieści minut na catch-up. Godzina na status.

A mnie czasem brakuje rozmowy, która nie miała żadnej agendy.

Takiej o niczym. O tym, że ktoś kupił za drogie pomidory. Że komuś pies zjadł skarpetkę. Że ktoś wczoraj obejrzał najgorszy film świata i musi się tym podzielić, zanim wybuchnie. To są głupoty. Małe, biurowe drobiazgi. Ale właśnie z takich drobiazgów składa się poczucie, że jest się wśród ludzi, a nie tylko wśród zadań.

Praca zdalna potrafi być cudowna. Daje mi wolność, której nie umiałabym już tak łatwo oddać. Mogę pracować z miejsca, które sama wybieram. I mogę też nie tracić życia na dojazdy. Mogę zrobić przerwę wtedy, kiedy naprawdę jej potrzebuję. Mogę wyjść na spacer, zobaczyć ocean, ugotować obiad w środku dnia albo zacząć rano bez udawania, że jestem gotowa na small talk, zanim dopiję kawę.

Ale ta wolność ma też swoją cenę

Czasem tą ceną jest cisza.

Nie taka dobra cisza, w której można się skupić. Tylko ta druga. Taka, która pojawia się po kilku godzinach pracy, gdy orientujesz się, że od rana rozmawiałaś tylko z własnymi myślami, laptopem i ewentualnie z kotem sąsiada, który znów przyszedł na taras, jakby płacił połowę czynszu.

W biurze samotność była mniej oczywista. Nawet jeśli każdy robił swoje, ktoś był obok. Ktoś wzdychał nad mejlem. A popołudniu ktoś otwierał paczkę z Zalando. Ktoś pytał, czy też idziesz po kawę. Ktoś przeklinał drukarkę, która oczywiście zepsuła się akurat wtedy, gdy była najbardziej potrzebna.

I nie, nie idealizuję tego. Wiem, że biuro bywało męczące. Pamiętam, że te same rozmowy, za którymi czasem tęsknię, potrafiły wybijać z rytmu. Albo, że „masz minutkę?” potrafiło zjeść pół dnia. Rozumiem, że open space nie był magiczną krainą relacji międzyludzkich, tylko często przestrzenią, w której próbujesz udawać, że nie słyszysz trzech rozmów naraz.

Ale w biurze było coś, czego praca zdalna nie daje automatycznie.

Obecność.

Nie musiałaś się o nią starać, ani jej planować. Nie musiałaś wpisywać jej w kalendarz. Po prostu przychodziłaś i byłaś częścią jakiegoś rytmu. Nawet jeśli czasem ten rytm doprowadzał Cię do szału.

Czego brakuje w pracy zdalnej? Szybkiego „zerkniesz?”

Tego momentu, kiedy można było obrócić się na krześle i zapytać kogoś o zdanie. Bez tworzenia wątku, bez robienia screena, bez pisania elaboratu, bez zastanawiania się, czy to już nadaje się na call, czy jeszcze na wiadomość. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie drugiej osoby i temat ruszał dalej.

W pracy zdalnej wszystko trzeba lepiej opisać. To jest dobre, bo uczy konkretu. Ale czasem męczące, bo najprostsze rzeczy zaczynają wymagać opakowania w słowa. A ja, choć komunikację mam chyba wpisaną w DNA, nie zawsze mam ochotę tłumaczyć wszystko od początku. Czasem chciałabym po prostu podsunąć komuś laptopa i powiedzieć:

„Patrz. O co tu chodzi?”.

Brakuje mi też tego dziwnego, zespołowego poczucia, że „jedziemy na tym samym wózku”

W biurze było je łatwiej poczuć. Zwłaszcza przy większych projektach, napiętych terminach, trudnych klientach. Wszyscy trochę bardziej wiedzieli, kto ma ciężki dzień. Kto zaraz wybuchnie. Kto potrzebuje pomocy, nawet jeśli jeszcze o nią nie poprosił. Były spojrzenia wymieniane po spotkaniu. Były komentarze rzucone półgłosem. Było wspólne „uff”, kiedy coś się udało.

Zdalnie sukces często kończy się emotką.

Ktoś wrzuca „super robota”. Ktoś daje reakcję z konfetti. Ktoś pisze „dzięki wszystkim”. I oczywiście to też jest miłe. Ale czasem po dużym wysiłku zostajesz sama w pokoju, z laptopem, zimną kawą i poczuciem, że właśnie wydarzyło się coś ważnego, tylko jakoś tak bez dźwięku.

Może właśnie za tym tęsknię najbardziej. Nie za biurem jako miejscem. Nie za kartą wejściową, salami konferencyjnymi i klimatyzacją ustawioną na temperaturę lodowca. Tęsknię za ludzkim tłem pracy.

Za tym, że praca nie była tylko listą zadań do odhaczenia. Była też rozmową, śmiechem, irytacją, przypadkiem, spojrzeniem, wspólnym lunchem, małym dramatem przy ekspresie i tym jednym człowiekiem, który zawsze wiedział, kiedy powiedzieć coś głupiego, żeby rozładować atmosferę.

Dzisiaj próbuję budować to inaczej

Uczę się umawiać z ludźmi nie tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuję. Piszę pierwsza. Proponuję rozmowy bez agendy. Czasem mówię: „hej, dawno nie gadałyśmy, masz chwilę w tym tygodniu?”. Uczę się nie obrażać na świat za to, że nie domyśla się moich potrzeb, tylko nazywać je wcześniej.

Bo praca zdalna wymaga większej samoświadomości, niż kiedyś myślałam.

Nie wystarczy, że mam laptop, Internet i ładny widok za oknem. Trzeba jeszcze wiedzieć, czego potrzebujesz, żeby nie zwariować. Jedna osoba potrzebuje ciszy. Druga struktury. Trzecia jasnych procesów. Czwarta ludzi. Ja potrzebuję trochę wszystkiego, ale ludzi chyba bardziej, niż chciałam sama przed sobą przyznać.

I może dlatego te wszystkie testy, z których kiedyś się trochę śmiałam, wracają do mnie teraz w najmniej oczywistych momentach. Nie jako wyrocznia. Nie jako prawda objawiona. Raczej jako małe przypomnienie:

„Hej, Ty tak masz. Potrzebujesz rozmowy, wymiany. Chcesz czuć, że jesteś częścią czegoś, nawet jeśli fizycznie jesteś tysiące kilometrów dalej”.

To nie znaczy, że mam wrócić do biura.

To znaczy, że mam przestać udawać, że praca zdalna zaspokaja wszystkie potrzeby tylko dlatego, że spełnia tę największą: potrzebę wolności.

Bo można kochać pracę zdalną i czasem tęsknić za biurem.

Można nie chcieć wracać do open space’u i jednocześnie tęsknić za żartami przy kawie.

Albo cieszyć się, że nie trzeba codziennie jeździć do firmy, i jednocześnie poczuć ukłucie, gdy ominie Cię coś, co wydarzyło się „tam”, między ludźmi.

Można wybrać życie po swojemu i nadal czasem żałować kawałków życia, które zostawiło się za sobą.

Ja nie chcę wracać do biura.

Ale czasem brakuje mi tego, że w biurze byłam nie tylko pracownikiem z zadaniami do zrobienia. Byłam też czyjąś koleżanką od kawy, od szybkiego „zerkniesz?”, od śmiechu po absurdalnym spotkaniu, od rozmowy w kuchni, która zaczynała się od pogody, a kończyła na życiu.

I chyba właśnie tego czasem mi brakuje najbardziej.

Nie biura.

Ludzi, którzy dziali się po drodze.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Poprzedni Następny

Dołącz do mojej społeczności

Zapisz się do mojego newslettera. Tylko największe inspiracje. Zero spamu.
Zgadzasz się z moją Polityką prywatności.