Kiedy mówię, że mieszkam na Seszelach, zwykle słyszę jedno z dwóch.
Albo: „Czekaj, muszę sprawdzić, gdzie to jest”.
Albo: „O matko, to musisz być bogata”.
Obie reakcje mówią mi to samo — że Seszele są w Polsce bardzo mało znane. I bardzo źle zaszufladkowane. Tymczasem to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie naprawdę zapiera dech. I wcale nie trzeba być milionerem, żeby tu trafić.
Skąd wzięłam mit o wyspie dla bogaczy
Jako mała dziewczynka słuchałam opowieści taty. Jego szef regularnie latał na Seszele na wakacje. Szef — nie tata. Ta hierarchia mówiła mi wszystko, czego potrzebowałam: Seszele to miejsce dla kogoś wyżej. Dla kogoś, kto ma więcej. Tropikalne, egzotyczne, z pyszną papają i drogimi resortami. Coś, co się ogląda na zdjęciach i myśli: „może kiedyś, jak będę bardzo bogata”.
Minęło kilkanaście lat. Trafiłam tu po raz pierwszy, w trybie wypoczynkowym, na cztery noce prosto z Polski.
I wydarzyły się wtedy dwie rzeczy:
Po pierwsze — zaniemówiłam na widoki. Miałam poczucie, że wygrałam życie.
Po drugie — nie zbankrutowałam. I postanowiłam wracać na Seszele regularnie.
Lot: zapomnij o cenie, którą sobie wyobrażasz
Przy dobrych wiatrach bilet w obie strony z Polski można złapać nawet za mniej niż 3000 zł. Tak, musisz pilnować promocji. Tak, loty z przesiadką bywają długie. Ale ta cena robi swoje. Seszele leżą na Oceanie Indyjskim, niedaleko Madagaskaru. Nie jest to wyjazd za rogiem. Ale nie jest to też wyprawa zarezerwowana dla tych z biznes klasą.
Jedzenie: zależy, gdzie siadasz
Masz dwie opcje i naprawdę warto znać obie.
1. Restauracje:
Dobre curry zjesz za około 250 rupi, czyli mniej więcej 65 złotych. Pełny obiad lub kolacja to okolice 100–150 zł od osoby.
2. Take away:
I tu robi się ciekawie. Na wyspie jest ich całe mnóstwo, ceny startują od 75 rupi, czyli około 20 złotych, a porcje są duże i smaczne. To jest sposób, żeby realnie zaoszczędzić, nie rezygnując z jedzenia czegoś dobrego. Ja korzystam z tej opcji regularnie i szczerze ją polecam.
Jeśli miałabym uśrednić dzienny budżet na parę — przy śniadaniu w domu, take away w ciągu dnia, drinku wieczorem i kolacji w restauracji – sugerowałabym 400 złotych.
Zakupy: lokalne vs. importowane
Sklepy są droższe niż w Polsce — mniej więcej o 20%, choć to duże uogólnienie, bo wszystko zależy od tego, co kupujesz.
Prosta zasada: wszystko, co lokalne, jest tańsze. Wszystko, co importowane — wiadomo. Do dziś nie mogę pogodzić się z ceną jogurtu greckiego. 12 złotych za 150 gramów. Nie rozumiem tego i pewnie nie zrozumiem.
Za to polecam zakupy na straganach. Owoce i warzywa są tam świeże, lokalne i tańsze niż w sklepie. A papaja? Smakuje lepiej niż ta, którą jako dziecko wyobrażałam sobie ze słów taty.
Ceny bywają zresztą zmienne — jajka w październiku kosztowały około 2 złotych za sztukę, dziś są poniżej złotówki. Rynek żyje. Największy szok cenowy w życiu przeżyłam w Norwegii. Tutaj szok trzyma się na razie jednego jogurtu greckiego.
Auto: tu nie ma co szukać promocji
Seszele bez wynajętego samochodu to Seszele w połowie. Tracisz za dużo — widoków, miejsc, wolności. Auto jest tu według mnie obowiązkowe.
I tu jedyna rzecz, na którą naprawdę trzeba się przygotować bez złudzeń: stawka za dzień to około 40 euro. Promocji nie ma. Taka jest cena i taka zostaje.
To ile tak naprawdę kosztują Seszele?
Mniej niż myślisz. Więcej niż Bułgaria.
Jeśli nocujesz w mniejszym hotelu lub obiekcie z self-cateringiem, zamawiasz take away zamiast jadać codziennie w restauracjach i wynajmujesz auto — wychodzi budżet porównywalny z latem w Chorwacji. Sprawdziłam to na własnej kieszeni, zanim zdecydowałam się tu zostać na dłużej.
Szef taty leciał tu pewnie do pięciogwiazdkowego resortu. I tak, takie Seszele istnieją — i kosztują majątek. Ale istnieją też inne Seszele. Te z take away za 20 złotych, ze straganem z mango i z widokiem, który jest dokładnie taki sam jak z basenu drogiego hotelu obok.
Ten widok jest bezpłatny.