Chciałoby się rzecz: a po co Ci Internet w raju?! No i zdaje się, że Seszele mają tę ideę głęboko w serduszku. Internet tu jest. Działa. Ale nie będę udawać, że jest jak w warszawskim biurze z łączem na 600 Mbps i IT supportem pod ręką. Jest kilka rzeczy, które warto wiedzieć, zanim spakujesz laptop i dolecisz tu z deadlinem na następny poniedziałek.
Internet stacjonarny: działa, ale ma charakter
Korzystam z internetu stacjonarnego. Kosztuje mnie 250 złotych miesięcznie za prędkość do 60 Mbps. Na co dzień to wystarcza. Uczestniczę w callach, wysyłam pliki, Slack działa.
Pierwsze co musiałam zrobić po przyjeździe — dokupić dwa extendery WiFi. Bez nich zasięg kończył się na wyjściu z jednego pomieszczenia. Dwa extendery, po 50 złotych każdy, przywiozłam z Polski. Tutaj pewnie kosztowałyby znacznie więcej. To taka mała rzecz, o której nikt Ci nie powie, a która robi różnicę między „pracuję” a „przeklinam przez zęby” ; )
Mam też Internet mobilny w aplikacji Revolut — 3 GB kosztują 80 złotych i przy oszczędnym użyciu wystarczają na około trzy tygodnie. To moja rezerwa i opcja, gdy jestem poza domem.
Kawiarnie z dobrym WiFi? Szczerze — nie znam żadnej. Restauracje często nawet dumnie informują, że WiFi nie mają i zachęcają w ten sposób do rozmów. Tutaj priorytety są inne ; )

Ups… Nie ma prądu
Zdarzyło mi się już trzy razy, że dostawca prądu po prostu ogłosił przerwę w dostawie energii między 8 a 16. Z ostrzeżeniem, ale co to zmienia, gdy masz wypełniony kalendarz callami po brzegi? A brak prądu oznacza nie tylko brak Internetu. To też brak klimatyzacji w tropikalnym upale i zepsute jedzenie w lodówce.
Trzeba to mieć z tyłu głowy, gdy planujesz pracę z tropików. Nie jest to powód, żeby nie przyjeżdżać. Ale jest to powód, żeby mieć awaryjny plan — telefon z mobilnym internetem i wiedzę, gdzie w pobliżu jest miejsce z generatorem. Ja skorzystałam z hotelu, w którym wykupiłam karnet na siłownię.
Moje biuro: kąt tylko do pracy
Mam w sobie taką potrzebę, żeby mieć swoje miejsce wyłącznie do pracy. Fizyczne oddzielenie „tu pracuję” od „tu odpoczywam” — nawet jeśli te dwa miejsca dzieli trzy metry. Mam biuro i niedawno dostałam w prezencie przenośny monitor. Lekki, mobilny, świetna sprawa. Żałuję, że nie wpadłam na to wcześniej.
Strefa czasowa: największa zaleta pracy z Seszeli
Seszele to UTC+4. Polska jest 2–3 godziny za nami, zależnie od pory roku. I to, co brzmi jak potencjalny problem, okazało się moją największą przewagą.
Gdy wstaję o szóstej rano, w Polsce jest czwarta. Cisza, zero powiadomień, zero spotkań. Poranny slot to mój najbardziej produktywny czas — czysta głowa, żadnych przerywników, nadrabiam to, co wymaga skupienia.
Potem śniadanie i siłownia. Później kolejny slot pracy, gdy Polska się już budzi. Potem spacer nad oceanem. I wreszcie ostatni slot — spotkania, mejle, bieżące sprawy.
Jet lag? Nic z tych rzeczy. Gdy wracam z Seszeli do Polski, przestawiam się błyskawicznie.
Czy polecam Seszele na workation?
Tak — ale z konkretnymi warunkami.
Strefa czasowa jest idealna dla kogoś, kto pracuje z polskimi klientami. Klimat sprzyja — jest ciepło, ale nie za ciepło, temperatura stabilna przez cały dzień. Nie ma efektu „leżę rozgrzana i nie mogę myśleć”.
Klucz to wybór noclegu. Host musi zapewniać Internet — sprawdź opinie, zapytaj wprost o prędkość. I koniecznie upewnij się, że jest miejsce do pracy. Biurko, stół, cokolwiek — ale fizyczna przestrzeń, gdzie możesz rozłożyć laptopa i monitor bez jedzenia na kolanie.
Kawiarni jako bazy do pracy raczej nie znajdziesz. Seszele to nie Bali z coworkingami na każdym rogu. To wyspa, która chce goście tu odpoczywali. Jeśli chcesz stąd pracować — musisz to wcześniej zaplanować.