Gdy znajomi widzą moje zdjęcia w social mediach, zwykle dostaję wiadomości z jednym, powtarzającym się zdaniem:
„Ale Ci zazdroszczę”.
I szczerze? Rozumiem to.
Sama też pewnie zazdrościłabym komuś, kto pracuje z widokiem na ocean, budzi się w różnych miejscach świata i nie musi wracać do biura w poniedziałek rano.
Ale im dłużej żyję bez stałego adresu, tym mocniej widzę, jak wiele musiałam poświęcić, żeby to wszystko było możliwe.
Czy żałuję? Ani przez chwilę.
Jednocześnie wiem, że wiele osób na moim miejscu mogłoby żałować.
Bo życie bez stałego adresu jest dokładnie takie samo, jak podróże. Na zdjęciach wygląda romantycznie. W rzeczywistości bywa równie ekscytujące, co wymagające.
Lekcja 1: Nie wszystkie relacje przetrwają
Mam dwa niezawodne testy dla relacji: wspólną podróż i rozłąkę.
Moje statystyki są brutalne.
Dzisiaj mam dosłownie kilka bliskich relacji, które przetrwały oba te doświadczenia. Pierwsze straty bolały bardziej, niż się spodziewałam. Były łzy. Było niezrozumienie. Były pytania, na które do dziś nie znam odpowiedzi.
Bo jak to możliwe, że ktoś, kto przez lata był ważną częścią Twojego życia, nagle znika?
Nie pokłóciliście się.
Nie wydarzyło się nic spektakularnego.
Po prostu Wasze drogi zaczęły biec w innych kierunkach.
Z czasem nauczyłam się, że ludzie pojawiają się w naszym życiu na różne etapy. Niektórzy zostają na lata. Inni tylko na chwilę.
A życie bez stałego adresu sprawia, że ten proces dzieje się szybciej i częściej.
Jednocześnie podróże dały mi coś w zamian. Poznałam ludzi, których prawdopodobnie nigdy nie spotkałabym, gdybym została w jednym miejscu.
I może właśnie na tym polega cała sztuka — żeby nauczyć się z wdzięcznością przyjmować zarówno przyjścia, jak i odejścia.
Lekcja 2: Nie zawsze wrócisz do domu na święta
Przepłakałam Wielkanoc w Chorwacji.
Przepłakałam też Wigilię w Australii.
To doświadczenia, które nauczyły mnie czegoś ważnego: niektórych rzeczy nie da się zastąpić.
Jeśli masz bliską relację z rodziną, święta spędzone tysiące kilometrów od domu potrafią być naprawdę trudne. Szczególnie kiedy wszyscy spotykają się przy jednym stole, a Ty oglądasz to na ekranie telefonu.
Dzisiaj planuję swoje podróże inaczej. Jeśli tylko mogę, wracam do Polski na Boże Narodzenie.
Bo o ile można przyzwyczaić się do życia na walizkach, o tyle niektórych emocji nie da się oswoić.
Lekcja 3: W innym kraju zawsze będziesz trochę gościem
Możesz nauczyć się języka, znać lokalne zwyczaje i mieszkać gdzieś przez lata. A mimo to prędzej czy później ktoś zapyta: „Skąd jesteś?”. I nagle przypominasz sobie, że zawsze będziesz trochę pomiędzy. Ani stąd. Ani już do końca stamtąd.
Na początku bardzo mi to przeszkadzało. Chciałam się dopasować. Wtopić w tłum. Stać się częścią miejsca. Dzisiaj patrzę na to inaczej. Bycie gościem nie musi być wadą. Czasami pozwala spojrzeć na świat z większą ciekawością i pokorą.
Są też miejsca, które wyjątkowo dobrze rozumieją ten stan. Dla mnie takim miejscem był Dubaj. Tam niemal każdy skądś przyjechał. Każdy ma historię przeprowadzki. Każdy wie, że prędzej czy później ruszy dalej.
Lekcja 4: Musisz spakować całe swoje życie
Uwielbiam sukienki.
Kiedy pracowałam stacjonarnie, kupowałam je regularnie. Moja szafa pękała w szwach i szczerze wierzyłam, że wszystkie są mi potrzebne.
Potem przyszła przeprowadzka.
Na Maderę zabraliśmy dwie duże walizki, dwie kabinówki, dwa plecaki i dwa kartony wysłaliśmy kurierem. Byliśmy przekonani, że zostaniemy tam co najmniej rok.
Życie miało jednak inne plany.
Kiedy postanowiliśmy ruszyć dalej, nagle okazało się, że każda rzecz ma swoją wagę. Dosłownie i w przenośni.
Dzisiaj przemieszczamy się z kabinówką i plecakiem.
I choć czasem tęsknię za dużą garderobą, to już rozumiem, że większość rzeczy, które kiedyś wydawały mi się niezbędne, wcale taka nie była.
Lekcja 5: Wolność też kosztuje
Jedną z rzeczy, na których nigdy nie oszczędzam, jest ubezpieczenie.
Nie wyobrażam sobie przekroczyć granicy bez polisy.
To jeden z tych wydatków, których nie widać na zdjęciach z podróży. Tak samo jak podatków, wiz, lotów czy nagłych wydatków medycznych.
Wolność ma swoją cenę. I nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o odpowiedzialność za własne decyzje. Na początku to przeraża. Później daje ogromne poczucie sprawczości.
Czy warto?
Kiedy ktoś mówi mi dziś: „Ale ci zazdroszczę”, uśmiecham się. Bo wiem, że większość ludzi zazdrości mi efektu końcowego.
Palm.
Oceanu.
Zdjęć z egzotycznych miejsc.
Znacznie rzadziej ktoś zazdrości mi pożegnań, samotnych świąt, niepewności, ciągłego pakowania się i budowania życia od nowa w kolejnych miejscach.
Życie bez stałego adresu nie jest dla każdego.
Tak samo jak życie w jednym miejscu nie jest dla każdego.
Po kilku latach w drodze nie wierzę już, że istnieje jeden właściwy sposób na życie. Coraz bardziej wierzę za to, że każdy z nas powinien znaleźć taki, który pozwala mu oddychać pełną piersią.
Dla mnie wolność okazała się ważniejsza niż przewidywalność. I chyba właśnie dlatego, mimo wszystkich trudnych momentów, ani razu nie chciałam wrócić do życia, które zostawiłam za sobą.
Bo największym odkryciem nie są dla mnie nowe kraje. Największym odkryciem jest to, że dom nie zawsze jest miejscem. Czasami jest po prostu życiem, które świadomie wybierasz każdego dnia.