Jak zaplanowałam życie poza korporacją i zamieszkałam na końcu świata

Czasem próbuję przypomnieć sobie moment, w którym pierwszy raz poczułam, że zaczynam się dusić się swoim życiem. Nie chodziło nawet o jedną konkretną sytuację. Raczej o powtarzalność. O ten dziwny scenariusz, który wszyscy wokół traktowali jak coś oczywistego.

Studia. Praca od 8 do 16. Pięć dni w tygodniu przy komputerze, który i tak wieczorem otwierasz ponownie w domu, bo „tylko coś sprawdzisz”. Sobota — dłuższy sen, zakupy, sprzątanie, może restauracja. Niedziela — lekki niepokój, bo jutro znowu poniedziałek. I tak przez następne czterdzieści lat.

Najdziwniejsze jest to, że przez długi czas nawet nie kwestionowałam tego schematu. Myślałam, że po prostu tak wygląda dorosłość. Że zmęczenie jest normalne. Że odkładanie życia „na kiedyś” jest ceną stabilności.

Dopiero dzisiaj, kiedy jestem już w jakimś stopniu poza tym systemem, widzę absurd tamtej codzienności. I chyba największym szczęściem było to, że zanim jeszcze nauczyłam się nazywać to wszystko wypaleniem czy przebodźcowaniem, intuicyjnie zaczęłam budować plan wyjścia.

Nie rewolucję.
Nie rzucanie wszystkiego z dnia na dzień.
Plan.

Bo coraz bardziej marzyło mi się życie poza korporacją. Takie, w którym moje życie nie jest podporządkowane jednemu miejscu, jednemu kalendarzowi i ciągłemu czekaniu na weekend.

Erasmus — pierwsze okno na inny świat

Pamiętam zdjęcia jednej ze starszych koleżanek z Erasmusa w Paryżu. Wrzucała je jeszcze na grono.net. I pamiętam też bardzo wyraźnie uczucie, które wtedy miałam.

Zazdrość.
Ale taka dobra zazdrość.

Nie o sam Paryż. O możliwość życia inaczej.

Jako gimnazjalistka podjęłam wtedy pierwszą ważną decyzję: na studiach wyjadę na Erasmusa.

I dotrzymałam sobie słowa.

Byłam dwa razy. Dwa semestry spędziłam w Chorwacji i właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam coś bardzo niewygodnego: że nie chcę spędzić całego życia w Polsce.

Miałam wtedy dość prosty plan. Skończę studia, zdobędę doświadczenie i znajdę pracę za granicą. Brzmiało logicznie. Problem w tym, że życie bardzo długo nie chciało współpracować z moją wizją.

Wysyłałam aplikacje i miesiącami nie dostawałam odpowiedzi. Najbardziej pamiętam jedną rekrutację do międzynarodowej firmy w Budapeszcie. Dotarłam do ostatniego etapu, a potem dostałam propozycję wynagrodzenia, która brutalnie sprowadziła mnie na ziemię.

I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl, że może moje marzenie o życiu poza korporacją będzie miało bliżej nieokreślony termin realizacji.

Pandemia i moment, w którym wszystko zaczęło się zmieniać

Pandemia była dla wielu osób trudnym czasem. Dla mnie okazała się początkiem ogromnej zmiany.

To właśnie wtedy pierwszy raz naprawdę poczułam sens pracy zdalnej.

Założyłam działalność. Wystawiłam pierwszą fakturę. Zaczęłam pracować przy projektach poza etatem. I po raz pierwszy miałam poczucie, że buduję coś własnego.

Powoli zaczynałam rozumieć, że praca zdalna może być czymś więcej niż tylko wygodą. Że może stać się przepustką do życia poza korporacją i życia, które nie jest zamknięte w jednym mieście.

Workation, które przerodziło się w plan na życie

Potem pojawił się mój przyszły mąż i wszystko nagle zaczęło układać się w całość.

Od początku mieliśmy podobny sposób myślenia. Oboje lubiliśmy działać. Planować. Testować pomysły. I bardzo szybko okazało się, że podróże są czymś więcej niż tylko wakacjami.

Lataliśmy absurdalnie intensywnie. Przedłużony weekend na Malediwach. Pięć dni na Kubie. Krótkie wyjazdy, które teoretycznie „nie miały sensu”, a w praktyce dawały nam więcej emocji niż dwa tygodnie leżenia w hotelu.

Zaczęliśmy też robić pierwsze workation. Sprawdzać, czy umiemy pracować z innych miejsc. Czy widok oceanu naprawdę tak rozprasza, jak próbują nam wmówić ludzie siedzący całe życie w jednym biurze.

I właśnie wtedy pojawiło się najważniejsze pytanie:

Co musiałoby się wydarzyć, żeby tak wyglądało nasze normalne życie?

Kartka na lodówce i plan wyjścia z systemu

Nie rzuciliśmy wszystkiego z dnia na dzień.

Myślę, że to ważne, bo w Internecie łatwo uwierzyć, że każda zmiana musi być spektakularna. Że trzeba kupić bilet w jedną stronę na Bali, wypowiedzieć umowę o pracę i wrzucić rolkę z podpisem: „zaufałam sobie”.

Prawda jest dużo mniej filmowa.

Wzięliśmy zwykłą kartkę papieru i napisaliśmy na niej:
„Przeprowadzka na Maderę”.

Potem każde z nas zaczęło spisywać wszystko, co musi się wydarzyć, żebyśmy mogli żyć bardziej mobilnie i coraz rzadziej pojawiać się w Polsce.

Moje punkty? Na przykład:

  • Korekcja laserowa wzroku.
  • Praca, którą mogę wykonywać z dowolnego miejsca na świecie.
  • Większa niezależność finansowa.

Pamiętam, że kiedy tworzyłam tę listę, połowa rzeczy wydawała mi się kompletnie nierealna.

Każdy punkt dostał termin realizacji. Kartka wisiała na lodówce i codziennie przypominała nam, że życie poza korporacją nie wydarzy się samo tylko dlatego, że bardzo tego chcemy.

A potem wszystko zaczęło dziać się szybciej, niż się spodziewaliśmy.

Wyprzedaliśmy większość mieszkania na Vinted. Zaczęliśmy ograniczać rzeczy. Uczyliśmy się życia z mniejszą liczbą przedmiotów. Paradoksalnie, jednym z najtrudniejszych tematów okazał się… Thermomix, którego finalnie wysłaliśmy na Maderę.

Dzisiaj przemieszczamy się z walizką kabinową i plecakiem.

I czasem myślę, że największą zmianą wcale nie była przeprowadzka na drugi koniec świata.

Największą zmianą było zrozumienie, jak niewiele tak naprawdę potrzeba mi do szczęścia.

Bo kiedy ktoś dzisiaj mówi:
„Ale Ci zazdroszczę życia na Seszelach”, to wiem, że większość ludzi nie zazdrości mi palm ani oceanu. Zazdroszczą mi poczucia, że moje życie wreszcie należy do mnie.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Poprzedni Następny

Dołącz do mojej społeczności

Zapisz się do mojego newslettera. Tylko największe inspiracje. Zero spamu.
Zgadzasz się z moją Polityką prywatności.