Od studiów mieszkam w miejscach, które dla wielu osób są wakacyjnymi kierunkami. Gdy miałam 19 lat, przeprowadziłam się do Gdyni i zaczęłam studiować w Sopocie. Wtedy brzmiało to dla mnie niemal abstrakcyjnie. Miejsce, do którego inni przyjeżdżali na urlop, miało stać się moją codziennością. Sama musiałam się do tego przyzwyczaić, a co dopiero moi znajomi i rodzina, którzy nagle poczuli, że zyskują darmową bazę nad morzem.
Szczerze?
Nie lubiłam niezapowiedzianych i częstych przyjazdów. Wybijały mnie z rytmu. Czułam presję, żeby organizować komuś czas, pokazywać miasto, wymyślać atrakcje. A przecież ja nie byłam na wakacjach. Miałam zajęcia, obowiązki, pracę, swoje plany i zwykłe życie.
Czasem musiałam odmówić dla własnego komfortu. I nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem.
Myślę, że od wtedy zostało mi to dziwne uczucie wyrzutów sumienia. Obawa, że kiedy mówię, gdzie mieszkam, ktoś od razu pomyśli: „Ta to jest na wiecznych wakacjach”. A dzisiaj to też po prostu praca z Seszeli. I nawet tutaj te wyrzuty sumienia czasami wracają. Tylko w bardziej egzotycznej scenografii : )
Raz w tygodniu sprawdzam, jak ma się moje sumienie
Nie uważam, że wygrałam w życiu złoty los.
Moi rodzice ciężko pracowali, żeby pomóc mi zamieszkać w Trójmieście w czasie studiów. Jestem za to ogromnie wdzięczna. Ale to, co zrobiłam później z tym miejscem i z kolejnymi decyzjami, zależało już ode mnie.
W Trójmieście nie znałam nikogo. Wszystko budowałam od zera. Relacje, codzienność, doświadczenie, pracę, poczucie przynależności.
Podobnie było ze zmianą stylu życia. Nikt nie napisał tego scenariusza za mnie. Nie znalazłam złotego pociągu. Nie dostałam instrukcji obsługi życia poza Polską. A mimo to, gdy mówię, że mieszkam aktualnie na Seszelach, czasem nadal martwię się reakcją osoby, która to słyszy.
Bo dla wielu osób moje życie brzmi abstrakcyjnie. I często nie biorą pod uwagę, ile pracy, decyzji, wyrzeczeń i konsekwencji trzeba było włożyć w to, żeby móc tak żyć.
Wciąż uczę się nie czuć wstydu z powodu tego, że próbuję żyć tak, jak chcę.
Praca z Seszeli oznacza genialną strefę czasową
Seszele nie zmieniają czasu w żadnym momencie roku. Zimą jestem trzy godziny do przodu względem Polski, a latem dwie.
Dla kogoś, kto lubi poranki, to naprawdę świetny układ. Mój dzień zwykle zaczyna się około 6:30.
Najpierw śniadanie. Potem kawa. Chwila ciszy. I praca.
To najlepszy moment dnia. Mam świeżą głowę, telefon milczy, nie ma jeszcze powiadomień, a większość osób w Polsce dopiero zmienia bok. Praca z Seszeli oznacza, że przez kilka godzin mogę zrobić najważniejsze rzeczy w pełnym skupieniu.
Około południa, kiedy Polska zaczyna się budzić i odpisywać na mejle, ja robię przerwę. Najczęściej idę na siłownię. To mój czas i jednocześnie naturalny bufor na odpowiedzi od klientów.
Potem wracam do pracy.
To wtedy ustawiam calle, rozmowy i wszystko, co wymaga kontaktu z ludźmi. Dzięki różnicy czasu mogę dopasować swój dzień tak, żeby rano mieć przestrzeń na skupienie, a później wejść w tryb spotkań i bieżących tematów.
Czwarta faza dnia jest znowu moja.
Wyciszenie. Kąpiel w oceanie. Spacer. Czas ze znajomymi. Kolacja. Czasem po prostu nic.
I właśnie w tym najczęściej kryje się największe nieporozumienie. Bo ktoś widzi ocean i myśli: wakacje. A ja widzę dzień, który musiałam bardzo świadomie poukładać, żeby zmieścić w nim i pracę, i życie.
Nie jestem na wakacjach
Największe nieporozumienie dotyczące życia na Seszelach polega na tym, że ludzie widzą miejsce, a nie widzą rytmu. Widzą plażę. Nie widzą kalendarza. Widzą palmy. Nie widzą deadline’ów. Widzą ocean. Nie widzą mejli, calli i listy zadań.
A prawda jest dużo mniej spektakularna niż wyobrażenie o wiecznych wakacjach. Po prostu pewnego dnia zaczęłam budować życie, którego nie muszę regularnie opuszczać, żeby pojechać na urlop.
I może właśnie to jest dla mnie największa zmiana. Nie to, że mieszkam na Seszelach. Tylko to, że moja codzienność w końcu zaczęła przypominać coś, od czego nie chcę uciekać.